Niewielu jaz zostało tych, którzy jako pierwsi osadnicy przybyli do Dobrego Miasta po zakończeniu działań wojennych. Jednym z nich jest Stanisław BRZEZIŃSKI, wieloletni pracownik „wodociągów”. Żołnierz z 1939 roku, jeniec, przymusowy robotnik w III Rzeszy, po wojnie wywieziony do ZSRR; człowiek, dzięki któremu zapłonęły pierwsze po wojnie żarówki w Dobrym Mieście.
— Gdybym miał inny zawód może inaczej potoczyło by się moje życie. • Ale jeszcze na rodzinnym Wołyniu nauczyłem się ślusarstwa. Tam też, w Hubinie Czeskim,, pracowałem w młynie. Poznałem działanie wielu mechnizmów, miałem dużo do czynienia z prądem i z silnikami różnych typów. Byłem wtedy właścicielem motocykla. Dlatego też. kiedy zmobilizowano mnie do wojska, 14 sierpnia 1939 roku, zostałem przydzielony do szwadronu ciężkich karabinów maszynowych 21 pułku ułanów. Kawaleria to konne wojsko, ale ja usiadłem za kierownicą motocykla. Zostałem ułanem na motorze.
-Wojowałem niedługo. Mój pułk wsławił się bojem pod Mokrą i Cyrrusową Wolą, ale dziś pamiętam z tego niewiele. Bombardowano nas z powietrza i ostrzeliwano z artylerii. Dziesiątego września dostaliśmy wiadomość o przedarciu się na nasze stanowiska kilku czołgów. Okazało się potem, że atakowała nas cała niemiecka dywizja pancerna. Mój oddział otoczono i dostałem się do niewoli.
— Początkowo trzymali nas w Radomsku, potem w Częstochowie i w Georlitz. Tam w obozie przesiedziałem do maja 1940 roku. Kiedy Hitler zaatakował Francję zwolniliśmy miejsca nowym lokatorom. Nąs Polaków wysłano do Prus Wschodnich, do Stallagu IA. Dzisiaj miejsce to nazywa się Kamińsk. Nie byłem tam po wojnie i nie o-glądałem. W obozie tym siedziałem do sierpnia. Potem zaczęli nas wywozić na roboty. W okolice Dobrego Miasta przyjechała grupa około 50 jeńców. Do dziś żyje kolega z tamtych 1at, Wacław MATUSIK. Mieszka tu przy ulicy Gdańskiej.
— Większość naszej grupy trafiła do gospodarstw rolnych. Ja trafiłem do rzemieślnika, znowu zgodnie z umiejętnościami. Nazywał się Paul Shnilcr, o ile dobrze zapamiętałem nazwisko. Miał zakład ślusar-sko-kowalski przy Hitlerstrassc 5. Tak to się wtedy nazywało. Po wojnie ulica zmieniła nazwę na Zwycięstwa. Doin, w którym mieścił się zakład już nie istnieje. Został rozebrany bo groziło mu zawalenie. Początkowo, my jeńcy, mieszkaliśmy w większej grupie na terenie magazynów. Pilnowali nas wachmani. Po wojnie niemiecko-radziockiej w magazynie umieszczono jeńców rosyjskich, a my spaliśmy w miejscach pracy. Roboty miałem różne bo w warsztacie, w polu, przy inwentarzu itp. Ale zawsze zajęcie na 12 godzin się znalazło.
— Kiedy zbliżał się front, wszyscy szykowali się do ewakuacji. Mój gospodarz również. Wyjechać mieli wszyscy pod groźbą kary. Załadowaliśmy się na wóz i w drogę. Ale mnie wcale nie chciało się u-ciekać. Po jakichś dziesięciu kilometrach powiedziałem Shnitcrowi, że dalej nie pojadę i wracam. On się trochę bał strażników, kręcił się na siedzeniu, ale potem podał mi rękę i powiedział: do widzenia. Więcej go nie zobaczyłem, choć podobno przeżył i mieszkał w Hannowe-rze.
— Wróciłem do Dobrego Miasta. Cywilów już prawie nie było, tylko niemieckie wojsko. Ludzi bez mundurów wyganiano szosą w kierunku na Lidzbark. Spotkałem kilku kolegów też przymusowych robotników. Zdecydowaliśmy się iść w kierunku Kolonii. Mieszkało tam kilku Polaków, był też jeszcze gospodarz. Obiecał, że jeśli zjawią się wachmani lub żołnierze to zaświadczy, że jesteśmy jego pracownikami.
— Ale rano przyszli Rosjanie. Oddziałem dowodził major, który powiedział, że teraz możemy iść do domu. Ruszyłem więc razem z innymi w kierunku na Olsztyn. Po drodze było Dobre Miasto. Niemcy już się wycofali, strzelanina trwała tylko gdzieś na polach. W mieście palił się budynek szkoły, mosty były porozrywane. Przez kładkę dostałem się na drugi brzeg Łyny i szedłem szosą koło cmentarza. Tam spotkałem patrol. Bojec zapytał dokąd idę, a potem zabrał „na prowierku”. Zaprowadzili mnie do miejsca gdzie zgromadzono już dużo ludzi: Polaków. Niemców, Francuzów. Każdego wypytywano o pochodzenie i o to co robił w Dobrym Mieście. Polakom obiecano powrót do kraju. Już następnego dnia zebrała się grupa około 300 osób i poprowadzono nas piechotą do Olsztyna. Po noclegu poszliśmy dalej do Ciechanowa. Tam nas mieli puścić. Ale po dobie oczekiwania trafiliśmy za druty, a następnie załadowali nas do towarowych wagonów. I powieźli na Wschód. Zima była ostra, w wagonach ścisk potworny, wody nie było, lizaliśmy lód ze ścian. Trafiłem do obozu 350 km za Moskwą. Dookoła las, torfowisko, wioseczka, dwie cerkiewki i elektrownia. Obóz był w cerkiewkach. Kopaliśmy torf, rąbaliśmy lag. Nie ma co wspominać. Zaczęto nas zwalniać w sierpniu 1945 roku. Znowu był transport, ale teraz wagony były odkryte bo było ciepło i jeehaliśmy w innym kierunku. Na wolność…
— Zanim dojechaliśmy do Warszawy wielu uciekło. Ja nie miałem dokąd uciekać, bo rodzinny dom znalazł się za granicą. W Warszawie przyszli po nas funkcjonariusze UB i dostaliśmy dokumenty o zwolnieniu. Jest tam napisane: „zwolniony 27 sierpnia”, ale w rubryce „skąd przybył” nie napisano nic. Zostało wolne miejsce. Do dzisiaj zachowałem ten papierek.
— Początkowo pojechałem do kolegów do Łodzi, ale tam nie znalazłem pracy. W końcu razem z dwójką takich jak ja ludzi, którzy domy rodzinne mieli na Wschodzie zdecydowaliśmy się jechać tam gdzie pracowaliśmy całą wojnę . Domy w Dobrym Mieście w śródmieściu były wypalone. Na ulicach leżały gruzy. Nie było wody ani elektryczności. Burmistrz na początku upewnił się czy nie przyjechaliśmy na szaber, dopiero potem pozwolił zamieszkać. Zakwaterowałyśmy się całą trójką w moim dawnym warsztacie przy ul. Zwycięstwa.
DOBRE MIASTO było bez światła. Przypadkowo znalazłem prądnicę. I była trochę uszkodzona, ale ja umiałem to naprawić. O znalezisku , powiadomiłem burmistrza. Była w mieście turbina wodna w zniszczonej elektrowni, ale moją małą prądnicę trzeba było wypróbować inaczej. Znalazł się silnik spalinowy, który by się nadawał, ale nie miałem benzyny. Na szczęście odkryłem gdzieś bullę z acetylenem. Podlączyłem gaz do silnika i maszyna ruszyła. Popłynął prąd.
— Prądnica miała moc 20 kilo watów i dawała światło na jedną ulicę. Pierwsze po wojnie żarówki zaświeciły w Dobrym Mieście wiosną 1946 roku. Życie zresztą było już wtedy łatwiejsze. Pojawiły się i pierwsze sklepy. Tylko wody nadal nie było. Ludzie brali ją z Łyny, a choć rzeka była wtedy czysta to przecież czasem i trup się znalazł, i pies zdechły przepłynął.
— W tym czasie burmistrzem został Mieczysław GÓRSKI. Wezwał mnie kiedyś do siebie i powiada:
— Obejrzyj wodociągi.
— Były one w lesie i miały zainstalowane dwie pompy napędzane silnikami elektrycznymi. Prądu jednak przecież prawie nie było, a obie pompy miały rozszabrowane mechanizmy. Dostałem do pomocy kilku ludzi i okazało się, że z dwóch pomp można złożyć jedną. Tylko co zrobić z zasilaniem? Wtedy już lepiej znaliśmy miasto i wiedziałem, że koło cmentarza stoi parowa lokomobila. Ściągnęliśmy ją do warsztatu przy 1 ul. Zwycięstwa i po kilku próbach udało się to zabytkowe urządzenie uruchomić. Zaciągnęliśmy lokomobi do wodociągów i podłączyliśmy do pompy. Drewno braliśmy z miejskiego lasu,lokomobila dymiła i woda płynęła. Początkowo nawet za bardzo, bo instalacja wodociągowa w mieście była uszkodzona. Woda uciekała z rur i dużo czasu minęło zanim się z tym uporaliśmy.
— Niedaleko od kościoła stała elektrownia. Jeszcze dzisiaj widać ujęcia wodne obok mostku dla pieszych. Została tam turbina wodna dziś już nieistniejąca. Była też elektrownia zapasowa, a w niej dwie prądnice po 100 kilowatów, ale z kolei bez silników. Przenieśliśmy prądnicę do turbiny. Urządzenie ważyło kilka ton i wymagało zbudowania solidnego fundamentu. Do przewiezienia, prądnicy użyliśmy toru od wąskotorówki wypożyczonego z tartaku. Poskładana w ten sposób elektrownia służyła miastu jedenaście lat, do czasu podłączenia nas do normalnej sieci zasilania. Ale to były już inne czasy. Wtedy prąd o normalnej mocy oznaczał powrót miasta do życia. Wodociągi miały już zasilanie i można było zrezygnować z wysłużonej lokomobili. No i wszędzie instalowano normalne oświetlenie.
— Kiedy zakładaliśmy w mieście światło miałem wypadek. Złamał się slup, na który wszedłem. Pół roku leżałem w gipsowym gorsecie ze złamanym kręgosłupem. Jestem dziś inwalidą III grupy i rencistą. Mam osiemdziesiąt lat, ale nadal pracuję trochę w warsztatach wodociągów. Jestem z tą firmą związany od tylu już lat. Byłem tu szefem, pracowałem jako robotnik. Uruchamiałem też dobromiejską gazownię. Czy miałem ciekawe życie? Pewnie tak, ale często było ono o głodzie i chłodzie. Było, minęło. Mam kilka ważnych odznaczeń, ale moim najważniejszym osiągnięciem były chyba te pierwsze żarówki w naszym mieście…
Tekst i zdjęcia: Andrzej Kłos Wiadomości Dobromiejskie grudzień 1989


kawałek pięknej historii.